Kąkol – Zośka Papużanka
Recenzja książki Zośki Papużanki „Kąkol”
Trzymam w ręku książkę wydawnictwa Marginesy, której okładka – zaprojektowana przez Annę Pol – przyciąga moją uwagę. Haftowane maki, konwalie, biedronki mile kojarzą się z sielską przeszłością. Okładka wydaje się być zrobiona z lnu, co tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że gdy otworzę książkę, wejdę w świat wydarzeń umiejscowionych na wsi. Owe złudzenie podtrzymała nota odautorska, w której pani Papużanka podaje, że korzystała i z „Ziołolecznictwa” Czesława Klimuszki, i ze zbioru baśni „Bajarka opowiada”, i z „Biblii Tysiąclecia”. Zatem aura baśniowo – mitologiczna towarzyszyła mi w pierwszym kontakcie ze światem wymyślonym przez pisarkę. Okazało się, że będą to wspomnienia z dzieciństwa – z wakacyjnego pobytu na wsi, ukazanego z perspektywy dziewczynki. Jakie to będzie dzieło? Czy pełne humoru jak „Bezgrzeszne lata” Kornela Makuszyńskiego, czy będą to chłopackie wygłupy jak z kart „Wspomnień niebieskiego mundurka” Wiktora Gomulickiego? Nie ! To było zgoła coś odmiennego! Przede wszystkim styl przykuwał moją uwagę. Język był jakby bohaterem tej powieści, przyciągał on bowiem czytelniczą uwagę najmocniej – mocniej niż fabuła. Dlaczego? Po pierwsze był to język niezwykły, bo gęsty od niespodziewanych metafor, pełen zaskakujących skojarzeń, kierujący uwagę czytelnika w inną stronę niż fabuła, a przy tym naznaczony silnymi emocjami. Po drugie w toku czytania nieoczekiwanie i nagle dziecięca narratorka oddawała głos innym postaciom, np. babce. A każda z nich mówiła swoim językiem, np. babka wyjaśniała:
„A jak człowiekowi ciężko i nie umie ujścia znaleźć, to wtedy najciężej. Mnie też ciężko czasem, dwóch mężów pochowałam i dziecko malutkie, plecy się do ziemi chylą, cała się chylę, przeginam się jak stare drzewo, a owocu już ze mnie żadnego nie będzie. Ale jak se zrobię anodynkę, to mi lepiej. I nie boli tak. Ani plecy nie bolą, ani nic w człowieku w środku”.
Piękna stylizacja gwarowa, ale co to jest ta „anodynka”? Nalewka owocowa? Okazuje się, że przydałyby się jakieś przypisy, niwelujące uczucie zagubienia w nieznanym języku i …. w meandrach fabuły. Cóż się więc działo w tej wysmakowanej językowo powieści? Wieś, rodzice z dziećmi u dziadków, dom rodzinny, w którym stłoczeni są krewni. Sąsiedztwo pełne dzieci i przyjaciółka narratorki – Bejatka. Są letnie figle, są opowieści dotyczące postaci drugoplanowych i trzecioplanowych. Jest rodzina, borykająca się ze skrywanymi złymi emocjami: dziadek nie lubi synowej, mąż za bardzo liczy się ze zdaniem ojca, żona niesie w sobie poczucie osamotnienia, córka i wnuczka, w jednej osobie, boryka się z przekonaniem bycia tą gorszą…. .Szkoda jednak, że autorka nie zdecydowała się na zwartą i logicznie przemyślaną kompozycją powieściowych wydarzeń, podczas czytania bowiem miałam poczucie bezcelowości kolejnych wydarzeń i zmierzania donikąd. Mimo tego jest to książka, którą trzeba zauważyć. Nic więc dziwnego, że została ona nagrodzona w ramach projektu Stypendium Twórczego Miasta Krakowa w edycji z 2020 roku. Jak podsumować moje refleksje? Po zakończeniu procesu czytania chętnie powtórzę opinię czytelniczki, skrywającej się za pseudonimem Orchidea 90:
„zachwyt nad pojedynczym słowem, znudzenie całością”
Wiesława Kozłowska
DKK Stare Miasto przy Bibliotece Publicznej Gminy Stare Miasto im. prof. Joanny Papuzińskiej
Wielkopolska