Złodzieje żarówek – Tomasz Różycki
Do lektury tej książki przystąpiłam pełna entuzjazmu, bo jestem miłośniczką powieści, których akcja toczy się w czasach PRL-u. Spodziewałam się wykwintnej uczty czytelniczej. Już pierwszy akapit jednak przyniósł gorzkie rozczarowanie, które rosło z każdym przeczytanym zdaniem. To powieść obyczajowa, balansująca na pograniczu realizmu i surrealizmu. Naszym oczom ukazuje się nienazwane, wielkie miasto. Blokowisko w Polsce, lata 80-te XX wieku. Tadeusz – główny bohater, którego autor uczynił pierwszoosobowym narratorem – mieszka na ostatnim piętrze bloku z wielkiej płyty. Chłopak ma do wykonania ważne zadanie, powierzone mu przez ojca: pójść z puszką ziarnistej kawy do Stefana, złotej rączki, z prośbą o zmielenie kawy w młynku. Trudne życie mieszkańców bloku utrudnia dodatkowo panująca w budynku ciemność. Żarówki kradną tajemniczy, nieuchwytni złodzieje…
Powieść „Złodzieje żarówek” Tomasza Różyckiego to utwór słaby praktycznie pod każdym względem. Największa wada książki to kreacja samego głównego bohatera. To dziecinny i odrealniony domorosły filozof. Wprowadza on do utworu patos i egzaltację w sformułowaniach takich jak: „Bogowie są (…) heraklitejczykami” czy „brunatne zjawisko zalewało łazienkę”. Estetyka surrealizmu jawi mi się jako źle pojęta – zbyt nachalna, co powoduje, że często przekracza granice dobrego smaku: „Przeobrażeńska włożyła córce do gardła rękę aż po łokieć.” Autorowi zdarzają się błędy językowe: „rzucając się w otwór głową, na szczupaka”. Poprawna forma brzmi: „rzucając się w otwór szczupakiem”. Popisy pustego krasomówstwa Tomasza Różyckiego owocują powieścią niemiarodajną dla surowych realiów PRL-u. Brakuje prostoty i konkretu, charakterystycznych dla tamtych czasów. Absurdalne fragmenty przywodzą ma myśl niezdarną parodię „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, będąc przykładem udosłownienia metafory: „Pupa poruszała się (…) w swojej pupowatej mechanice, sprawiając wrażenie, że jest czymś w rodzaju (…) rosiczki, która chce mnie zjeść i w tym celu przybliża się”. Psychologia postaci została rażąco uproszczona – wykreowani bohaterowie to ludzie pozbawieni prawdziwych emocji.
Utwór jest rozwlekły – jego objętość liczy sobie 250 stron, ale tę objętość można by śmiało zmniejszyć o połowę. Powieść ta posiada potencjał artystyczny, który został – moim zdaniem – zmarnowany. To w moim przekonaniu nieudany eksperyment twórczy – przykład słabiutkiego postmodernizmu. Wymowny dowód na prawdziwość powiedzenia: „Papier jest cierpliwy – wszystko przyjmie.” Lektura tej książki to była dla mnie droga przez mękę. Pozostały po niej tylko skołatane nerwy. Strata czasu.
Beata Sowińska
DKK Złotów